12.12.2014

Never give up - rozdział 7


  - Mamo, jestem - krzyknął głośno, wchodząc do środka razem z Hoseokiem.

 Ciemnowłosa kobieta pojawiła się w drzwiach przedpokoju, ubrana w kolorową sukienkę z długimi rękawami, przepasaną białym fartuszkiem.

 - No nareszcie jesteś, obiad stygnie - powiedziała z wyraźną ulgą i niemal namacalną radością w głosie. - Och - westchnęła zaskoczona, gdy zauważyła gościa.

 - Dzień dobry - przywitał się Hoseok, uśmiechając się uroczo.

 - Dzień dobry - odparła mu wyraźnie zdezorientowana i pytającym wzrokiem spojrzała na swojego syna.

 - Mamo, to jest Hoseok, mój kolega. Pomoże mi w angielskim.

 Nadal lekko zdziwiona, zlustrowała "kolegę" Jeongguka wzrokiem i kiwnęła ledwo zauważalnie głową.

 Obydwaj poszli do pokoju bruneta. Hoseok czuł się dość dziwnie. Mama chłopaka zachowywała się tak, jakby nigdy w życiu Jeongguk nie przyprowadził do domu żadnego kolegi, a co więcej, kobieta przypominała mu matkę jego pierwszej dziewczyny, przez co poczuł się, jakby znowu był kilkunastoletnim szczeniakiem. Aż uśmiechnął się pod nosem.

 Rozsiadł się wygodnie na łóżku chłopaka, nie pytając o zgodę i oparł się o miękkie poduszki.

 - Ciemno tu - zauważył, z konsternacją patrząc na jedyną zapaloną żarówkę.

 - Lubię, jak tak jest - wyjaśnił brunet, ale zapalił pozostałe światła.

 Wyciągnął ze swojego plecaka wściekle czerwone książki do języka angielskiego i rzucił nimi w brązowowłosego. Dwudziestolatek wykazał się niezwykłym refleksem i zatrzymał je tuż przed swoją twarzą. Pośmiali się trochę i zaczęli naukę.

 Pani Jeon, mama Jeongguka, siedziała w kuchni i próbowała czytać gazetę. Tak jak zalecił jej psychiatra na terapii, szukała sobie jakiejś pasji, a jej zalążek znalazła w czytaniu ludzkich historii i dramatów życiowych, które były tak nieprawdopodobne, że sama się sobie dziwiła, czemu właściwie jej się to podoba. Jednakże od kiedy tylko jej syn wrócił do domu, nie potrafiła się na niczym skupić. Nie pamiętała kiedy ostatnio Jeongguk przyprowadził do siebie kolegę, a tym bardziej kolegę, który rzekomo miał mu pomóc w nauce. Nie bardzo chciało jej się wierzyć w to, że był to prawdziwy powód ich spotkania. Była tam już trzy razy, znajdując błahe powody, a to zaniosła obu obiad, a to ciasteczka, a to coś do picia. Za każdym razem zastawała ich faktycznie się uczących. Była z tego powodu niezwykle zadowolona i szczęśliwa, ale przerażał ją fakt, że Hoseok wyglądał na sporo starszego od jej syna. W dodatku chłopiec ani razu wcześniej o nim nie wspominał...

 Wyłączyła gaz pod czajnikiem, którego gwizdek wyrwał ją z rozmyślań i zaparzyła sobie melisę… trzecią tego wieczoru.

 Jung przeciągnął się, trzaskając głośno zastałymi stawami w łokciach.

 - Umiesz - stwierdził radośnie i poklepał Jeongguka po ramieniu.  - Jesteś demonem - skomentował wyczerpany do granic możliwości brunet. - Kto normalny czepia się o wygląd estetyczny liter? Rozumiem błędy w zapisie, ale to nawet nie jest nasz alfabet. Skąd ty w ogóle znasz tak dobrze angielski?

 - Mówiłem ci, moja mama jest nauczycielką. To byłby dla niej wielki wstyd i porażka w karierze, gdybym nie umiał - wytłumaczył, sięgając po kolejne ciastko, które przyniosła mama chłopaka. Przegryzł szybko kruchy wafelek i zaczął się podnosić. Tylko wstał, a jego kolana chrupnęły głośno. Obydwaj skrzywili się w tej samej chwili, co wywołało salwę śmiechu.

 - Będę leciał - oznajmił w końcu Hoseok.

 - Dajesz jakieś korki? - zapytał półżartem Jeongguk. - Masz mój numer - odpowiedział mu tajemniczo brązowowłosy i rzeczywiście, odprowadzony pod same drzwi przez bruneta, wyszedł.

 Kiedy tylko drzwi zamknęły się za nowym kolegą Jeongguka, ciemnowłosa kobieta zerwała się na równe nogi i spojrzała na zegar, który samotnie wisiał na kuchennej ścianie pośród szafek. Dochodziła pierwsza w nocy. Nerwowo poprawiła spięte w wysoki kok kosmyki włosów i postawiła kilka kroków w stronę drzwi. Jej nastoletni syn praktycznie wyrósł tuż przed nią.

 - Ggukie - westchnęła zaskoczona. Chciała z nim porozmawiać o tym koledze. Odczuwała zwyczajną, matczyną troskę o swoje dziecko.

 - Coś się stało? - zapytał brunet zbyt upojony szczęściem, by zauważyć, że po raz pierwszy od dawna mama zdrobniła jego imię.

 - Nic, kochanie, idź spać. - Jednak nie była gotowa na taką rozmowę.

 Następny dzień okazał się być jeszcze lepszym od poprzedniego. Takie wrażenie miał nie tylko Jeongguk, ale także i jego mama. Rano rozstali się przy drzwiach wyjściowych i każde z nich poszło w swoją stronę. Syn do szkoły, a matka na terapię. Kobieta dostała okazję do powierzenia komuś swoich obaw. Zaskakujący jest fakt, że czasem łatwiej jest powiedzieć coś obcej osobie niż komuś, kogo zna się całe życie... życiowy paradoks, od co.

 Jungkook przekraczając drzwi swojej szkoły zażyczył sobie w duhu, żeby nic nie zepsuło jego humoru. Po sesji naukowej poprzedniego wieczoru, wyszedł z sali od języka angielskiego z przeświadczeniem, że Hoseok jest jakimś cudotwórcą, bo kartkówka na wstępie okazała się być dziecinnie prosta. Nie dość, że oddał ją jako pierwszy, to jeszcze napisał wszystko poprawnie, co zaskoczyło nawet zniewieściałą nauczycielkę. Kiedy wpisywała mu piątkę do dziennika, spoglądała na jego zadowoloną minę sponad okularów w czerwonych oprawkach, tak jakby sprawiało jej to wielką trudność. Dodatkowo jego radość spotęgowała myśl, która pojawiła się, gdy opuszczał już teren budynku oświaty. Ani razu nie spotkał tego dnia Banga i jego grupy. I nie chodziło tu bynajmniej o to, że wyjątkowo dzisiaj go nie zaczepiali, a o to, że żadnego z nich nawet nie widział...

 Wrócił szczęśliwy do domu, gdzie czekał na niego przepyszny obiad. Pani Jeon naprawdę się postarała. Ugotowała zupę pomidorową i małe pierożki nadziewane grzybami. To wszystko kojarzyło jej się ze zmarłym mężem, a jak zalecił jej terapeuta, powinna oswajać się ze wspomnieniami. Wymienili między sobą standardowe pytania i odpowiedzi, opowiedzieli sobie, co ich spotkało. Z każdym dniem nawiązywali coraz lepszy kontakt. Po skończonym obiedzie chłopak poszedł się uczyć, a wieczorem zawitał w domu Hoseoka, by razem z nim obejrzeć film.

 Taka sielanka trwała przez dobry miesiąc. Bardzo często Jeongguk przychodził do swojego starszego kolegi, albo na odwrót. Te ich spotkania bardzo często kończyły się wspólną nauką, a raczej pomaganiem brunetowi w nauce. Jung okazał się być bardzo dobrze wyedukowanym człowiekiem i jak wyjawił któregoś razu, studentem Akademii Sztuk Pięknych, oczywiście na kierunku taneczno-wokalnym. Czasem chodzili razem do wytwórni, gdzie chłopak poznał przyjaciół Hoseoka, których bardzo szybko polubił. Nawet jego mama zaczynała akceptować obecność dwudziestolatka w życiu jej syna i napawało ją to coraz mniejszym lękiem. Znalazła w międzyczasie pracę. Nie było to spowodowane żadnymi problemami finansowymi, a raczej chęcią na zajęcie czymś wolnego czasu.

 W pierwszy piątek grudnia, kiedy ulice zaczęły przypominać swoim wyglądem bajkowy, świąteczny świat, do drzwi mieszkania Hoseoka ktoś zadzwonił. Brązowowłosy z niechęcią oderwał się od telewizora. Był naprawdę zmęczony ciężkim treningiem i jego jedynym marzeniem było odpoczywanie. Otworzył z rozmachem drzwi i skulił się z zimna, kiedy lodowate powietrze uderzyło w niego z całym impetem. Momentalnie otworzył szerzej oczy, kiedy zobaczył przed sobą Jeongguka w takim stanie.

 - Hyung, mogę dzisiaj u ciebie nocować?

7.12.2014

Never give up - Rozdział 6

 - I powiedz mi, Jeongguk, jak to się dzieje, że znowu cię ratuję? - zapytał z pobłażliwym uśmiechem Hoseok, kiedy znaleźli się odpowiednio daleko szkoły, żeby nie usłyszał ich żaden z podwładnych Banga.

 - Nie wiem - odparł mu niemrawo brunet, wyrywając swoją dłoń z jego uścisku. - Ale i tak dziękuję.

 Dwudziestolatek zaśmiał się perliście i z rozmarzeniem spojrzał w niebo. Pomimo chłodnej, jesiennej aury, słońce świeciło dość mocno. Pogoda idealna na długi spacer... Gdyby tylko się miało czas.

 Idący obok licealista był lekko skołowany kolejnym niespodziewanym pojawieniem się "wybawcy", jak zwykł w myślach nazywać Hoseoka. Było to co najmniej zastanawiające. Bo owszem, można spotkać kogoś zupełnie nie znajomego i mu pomóc. Ale nie trzy razy z rzędu. Przypadek? Jungkook coraz bardziej zaczynał w to wątpić. Zdawało mu się, że jakaś tajemnicza siła popychała brązowowłosego do podejmowania odpowiednich decyzji, czego skutkiem było znajdowanie się w odpowiednim miejscu i czasie. Teorie spiskowe, rodem z kryminałów Agaty Christe pozostawił jednak w spokoju.

 Z lekką obawą zauważył, że od przeszło pięciu minut nie zamienił ani słowa ze swoim nowym znajomym. Pomimo tego, że cisza nie przeszkadzała żadnemu z nich, postanowił się odezwać:

 - Um... Hoseok-hyung...

 - Tak?

 - Gdzie my właściwie idziemy?

 Brązowowłosy zatrzymał się na chwilę i rozejrzał wokół. Nie zorientował się wcześniej, że podświadomie prowadził chłopaka do studia. Westchnął ciężko. Byli w tej części miasta, w której bałby się puścić bruneta samego, żeby wracał do domu. Z ociąganiem podjął jedyną, jak myślał, słuszną decyzję.

 - Pokażę ci, gdzie tańczę. Chcesz?

 Jeongguk uśmiechnął się delikatnie. Czuł się dobrze w towarzystwie starszego chłopaka, więc nie miał problemu, by ochoczo pokiwać głową, zgadzając się na jego propozycję. Wyciągnął z prawej kieszeni czarnych spodni telefon i wybrał numer swojej mamy.

  Hoseok obserwował go w milczeniu. Chłopiec zabawnie gestykulował, starając się uspokoić zmartwioną rodzicielkę, chociaż ta nie miała najmniejszej szansy tego zobaczyć. Było coś takiego w sposobie bycia bruneta, że budził w nim jakieś instynkty opiekuńcze, o których posiadanie nawet by się nie podejrzewał. Nie potrafił tego do końca wytłumaczyć, ale jakoś tak chciał być przy tym dzieciaku z problemami. Przynajmniej doszedł do wniosku, że Jeongguk ma jakieś problemy, bo przecież nikt normalny nie próbuje skakać z mostu... dwa razy. Ku jego własnemu zdumieniu, odczuwalnie mu ulżyło, kiedy chłopak tak chętnie przystał na jego propozycję. Spojrzał na niego kątem oka i mimowolnie się uśmiechnął. Być może nie powinien, ale chciał mu dać jak najwięcej powodów do śmiechu.

 - Chodź, mały - rzucił wesoło, gdy spostrzegł, że Jeongguk zakończył swoją rozmowę.

 - Nie nazywaj mnie tak - oburzył się brunet, śmiesznie nadymając policzki. Wyglądało to co najmniej zabawnie, więc Hoseok nie powstrzymał niekontrolowanego parsknięcia, przez co chłopak obraził się jeszcze bardziej.

 Mimo wszystko ruszyli w drogę pełną całkiem nieszkodliwych docinek i niemalże przyjacielskich, czy nawet braterskich zachowań. Więź między nimi była dziwna. Całkiem niedawno zaczęta znajomość była na takim poziomie, jak dla Jungkooka jeszcze żadna inna, a co więcej, wcale nie czuł się z tym źle... to samo tyczyło się brązowowłosego.

 Budynek wyróżniał się na tle innych w okolicy. Był ponadprzeciętnie wysoki i nowoczesny. Biało-szare ściany poprzetykane ciemnymi szybami okien sprawiały wrażenie zimnych i nieprzystępnych. Tuż nad frontowymi drzwiami dumnie prezentował się srebrzysto-szaroniebieski neon oznajmiający, że właśnie znajdują się naprzeciw podgrupy JYP Entertainment o wdzięcznej nazwie BigHit.

 Hoseok niemal tanecznym krokiem pokonał ostatnie metry dzielące go od wejścia i śmiałym gestem otworzył na oścież szklane drzwi. Ponaglającym ruchem głowy nakazał Jungkookowi wejść do środka. Chłopak rzucił mu tak powątpiewające i pełne niepewności spojrzenie, że brązowowłosy uśmiechnął się pod nosem i zręcznie zagarniając go ramieniem, wprowadził do przestronnej recepcji.

 Dwie ubrane w typowo biurowe stroje kobiety rzuciły im przelotne spojrzenie, odrywając się na chwilę od dotychczasowych zajęć. Zlustrowały obydwu z góry do dołu, po czym najzwyczajniej w świecie, niemo przyzwoliły im na wejście, pewnie dzięki rozpoznaniu twarzy Hoseoka, kompletnie ignorując ich obecność, powróciwszy do przeglądania stosu papierów.

 - Chodź, chodź - zachęcająco powiedział brązowowłosy, kierując się w stronę długiego, mocno oświetlonego korytarza.

 Brunet podreptał za nim, przebierając nóżkami z ponadprzeciętną prędkością, ponieważ wyraźnie podekscytowany Hoseok zaczął stawiać coraz większe kroki. Nagle zatrzymał się, a Jungkook idący z tylu, przez nieuwagę na niego wpadł, odbił się i padł na podłogę niczym bezwładny worek ziemniaków.

 - Żyjesz? - martwił się tancerz.

 - Ta - odpowiedział mu zdawkowo, podnosząc się i otrzepując spodnie na pośladkach.

 Dwudziestolatek nadal szczerząc się jak głupi do sera, otworzył jasnobrązowe drzwi ze sklejki i wszedł do środka. Jungkook nieustannie dziwił się, jak można przez tak długi czas być szczęśliwym. Całkiem normalne dla niego było roześmiać się z jakiegoś żartu, szczególnie jeżeli nie był on skierowany w stronę jego własnej osoby, ale cieszenie się z niczego przerastało możliwości jego dedukcji i stanowczo wykraczało poza wszelkie normy i zachowania, do których był przyzwyczajony. Czymś zupełnie innym był fakt, iż po prostu już nie pamiętał, jak to jest być wiecznym optymistą i czerpać z życia garściami. Bo warto zauważyć, że naprawdę taki był. Wszystko zmieniło się po śmierci ojca...

 - Masz jakieś dresy? - z zamyślenia wyrwało go pytanie Hoseoka, który wyciągał właśnie ze swojego plecaka niezidentyfikowane fragmenty garderoby.

 - Nie mam - oznajmił po chwili krótkiej konsternacji, z żalem zauważając, że tego dnia, akurat nie miał wychowania fizycznego i nie dysponował żadnymi spodenkami, czy chociaż koszulką na zmianę.


 - Nie masz? - zapytał niby sam siebie Jung i podrapał się ręką w czubek głowy. - To nic - powiedział już trochę głośniej i wyciągnął z plecaka kolejne sztuki ubrań. - Trzymaj - mruknął i rzucił koszulką i spodenkami w bruneta.

 - A po co mi to? - zdziwił się Jungkook, przyglądając się z zaciekawieniem otrzymanym przed chwilą ubraniom.

 - Potańczymy trochę.

 - My?

- No po to tu przyszedłeś ze mną. Zakładaj.

 W akompaniamencie niezrozumiałych sprzeciwów, wojny na łaskotki i głośnych salw śmiechu, dotarli w końcu do punktu, kiedy obydwaj mieli już na sobie stroje nadające się do wysiłku fizycznego. W między czasie wyjaśniło się również, dlaczego dwudziestolatek nosi ze sobą dwie pary takich ubrań. Kiedyś jego spodenki trzasnęły głośno podczas wykonywania jednego z kroków i nie miał żadnej możliwości przebrania się, dlatego zaczął stosować zasadę przezorny zawsze ubezpieczony.

Hoseok podszedł do stojącego w kącie odtwarzacza i włączył jedną z piosenek. Rozległy się dobrze znane obydwu dźwięki hiphopowej piosenki dość znanego zespołu. Zaczęli od normalnej rozgrzewki; kilku ćwiczeń rozciągających, by pobudzić do pracy zastane mięśnie. Później zaczęli tańczyć i ku zdumieniu starszego z nich, Jeonggukowi wychodziło to całkiem nieźle.

 Po dwóch godzinach, gdy na dworze zrobiło się już całkiem ciemno, padli zmęczeni na podłogę. Zachłannie pili wodę z butelek przyniesionych przez jedną z pracownic wytwórni.

 Nagle brunet zerwał się na równe nogi i uderzył otwartą dłonią o czoło.

 - Miałem się uczyć na angielski!

 Chłopak spojrzał na niego z powątpiewaniem.

 - Sprawdzian?

 - Nie, po prostu nauczycielka się na mnie uwzięła i mogę nie zdać. Mam dwanaście jedynek i jedną piątkę.

 - Nie bój się, pomogę ci - zaoferował się.

 - Wiesz, wolę nie. Wiem, jak kończy się takie uczenie... Wolę to zrobić sam - odmówił szybko, ściskając w dłoniach rąbek pożyczonej koszulki.

 - Zaufaj mi raz. Jak coś muszę zrobić to to zrobię - zapewnił.

 W rezultacie jakiś czas później stali pod drzwiami domu Jeongguka, by razem się pouczyć.

14.11.2014

Never give up - rozdział 5


 Biegł przed siebie. Zdezorientowany z tłukącym się w piersi sercem. Wszystko odczuwał naraz. Strach i zaufanie, smutek i szczęście, złość i radość. Z pozoru tak różne odczucia potrafiły zlać się w jedno. Wszelkie obawy odeszły w zapomnienie, odepchnięte daleko na skraj umysłu wydawały się nie istnieć. Hoseok dał mu nadzieję, a ta, jak na skrzydłach niosła go ponad wszelkimi przeciwnościami. To właśnie ten, mógłby się wydawać przypadkowy i niepozorny przechodzeń, jakich pełno w szarym tłumie, pozwolił mu uwierzyć w ludzi. Powiedział tak znaczące słowa. Nigdy się nie poddawaj.

 Dopadł drzwi do domu, całkiem zziajany. Zmęczenie było dla niego takie odświeżające i napawało go optymizmem. Nacisnął klamkę, która ustąpiła z cichym trzaskiem i wszedł do środka. Zdjął buty i aż się zapowietrzył ze strachu, gdy ktoś pociągnął go do tyłu, tuląc do piersi.

 - Jeongguk, synku - usłyszał ten znajomy i kojący duszę głos.

 Mama znowu była sobą. Doznał takiej euforii, nagłego wybuchu szczęścia, że ledwo powstrzymywał się od płaczu.

 - Mamo - zdołał jedynie szepnąć, przepełniony spokojem.

 - Gdzieś ty się podziewał? - zapytała z troską. - Tak się martwiłam, chciałam już dzwonić na policję.

 - Żyję mamo, byłem u przyjaciela - skłamał. - Mówiłem ci, że idę na urodziny, pamiętasz?

 - Ale tak długo nie wracałeś - pociągnęła nosem. - Martwiłam się.

 I stali tak przez dobre kilka minut, napawając się wzajemną obecnością. Ciche, powtarzane jak mantra synku, syneczku, było jak miód na jego uszy. Jedna rzecz nie mogła mu dać spokoju, ale obiecał sobie, że ten dzień należeć będzie do najpiękniejszych dni jego życia, że nic mu nie zepsuje dobrego humoru. 

 - Udusisz mnie, mamo - powiedział w końcu ze śmiechem.

 A jakże szczery był ten śmiech, ta radość. W odczuciu dałoby się to porównać do radości dziecka, które pozbawione opieki, w końcu odnajduje rodzinę, jak psiak szukający własnego miejsca, kiedy w końcu odnajduje dom, opiekę i poczucie bezpieczeństwa.

 Kobieta puściła go niechętnie. W oczach czaił jej się lęk i strach. Mocno przeżywała zniknięcie syna. Spojrzała na niego. Zmienił się. Jej Jeongguk już nie był tym samym chłopcem, który przybiegał do niej ze zdartym kolanem. Nie miał w sobie nic z tego zagubionego dziecka, któremu na próżno wszyscy starali się wytłumaczyć, że tata nie wróci... dorósł, a ona nawet nie zauważyła kiedy. Na swój sposób była z niego dumna. Tak, jak tylko matka potrafi. 

 - Tak bardzo boję się ciebie stracić - przyznała w końcu. Wysunęła spracowaną dłoń ku jego twarzy i pieszczotliwie pogłaskała go po policzku. - Nie przeżyłabym, gdyby coś ci się stało...

 - Nic mi nie będzie - przerwał jej. Tego się właśnie obawiał. Trudnego tematu. - Martwię się o ciebie. Czasem nie jesteś sobą, wiesz? - zapytał, podświadomi wyczekując odpowiedzi, lecz ona tylko patrzyła na niego nierozumiejącym wzrokiem. - Zdarza ci się... ty czasem nie wiesz kim jestem. Ostatnio... ostatnio - szeptał płaczliwym głosem, a łzy powoli zbierały się w jego oczach - ostatnio nawet mnie uderzyłaś - wyznał, a razem ze słowami potoczyły się pierwsze krople.

 - Naprawdę się łudziłam, że to jedynie moje koszmary. Tak bardzo cię przepraszam, syneczku - mówiła, wtórując mu płaczem. 

 I płakali obydwoje. Mimo, że chłopak miał do matki żal, nie potrafił się nie ucieszyć na wieść, że ona to pamięta. Z jednej strony naprawdę było mu przykro, a z drugiej ogarnął go spokój i dziwne uczucie równowagi. Łzy... łzy były oczyszczeniem. Wydawały się wymywać wszystko to, co złe. Nie tylko cierpienie ostatnich dni, ale każdą przykrość, każdy ból.

 - Mamo, będziesz się leczyć? - zapytał w końcu po długim milczeniu.

 - Będę, obiecuję.

 Odpowiedź wielce go usatysfakcjonowała. Ponownie wtulił się w jej ciało, chociaż trochę źle to powiedziane. Przewyższał ją wzrostem o kilka dobrych centymetrów. Ostatniego lata sporo mu się urosło. Spojrzał na swoją rodzicielkę. Chyba w końcu nadchodził czas, kiedy to on będzie się musiał nią opiekować...

 Jego matka nie była stara. Miała swoje trzydzieści siedem lat, a pomimo tego, na jej twarzy, niegdyś zdobiącej rozmaite czasopisma, pokazywanej w telewizji i na pokazach mody, odcisnęło się piętno upływającego czasu. Kiedy mając dwadzieścia lat, wyszła za mężczyznę, którego darzyła najszczerszą miłością, pracowała jako modelka. Znał ją każdy szanujący się fotograf, a o jej, w pewnym sensie, ciało zabiegali najznamienitsi projektanci. Była naprawdę sławna. Rzuciła karierę, kiedy rok później urodził się Jeongguk. Wtedy była najszczęśliwsza i wręcz promieniowała.

 Wszystko się zmieniło po śmierci jej męża, a ojca czternastoletniego wówczas chłopaka.

 Tamten dzień wyrył mu się w pamięci mocniej niż jakikolwiek inny. I choć jak przez mgłę docierały do niego wtedy informacje, wszystkie okoliczności pamiętał dokładnie. Był siedemnasty listopada. Pomimo kończącej się jesieni, świeciło słońce i było naprawdę ciepło. Tata mu obiecał. Powiedział, że jak tylko wróci z pracy, zabierze jego i mamę na piknik. Niecierpliwie wyczekiwał tej chwili. Naprawdę był blisko ze swoim ojcem i ubolewał nad tym, że przez pracę nie może spędzać z nim więcej czasu. 

 Około godziny czternastej siedział razem z mamą w kuchni. Przygotowywali ostatnie przysmaki, jakie chcieli ze sobą zabrać i pakowali je do dużego wiklinowego koszyka. Nagle zadzwonił telefon. Ciemnowłosa kobieta oderwała się na chwilę od pilnowania, by Jeongguk nie podjadał winogron i z uśmiechem na ustach odebrała.

 Mina momentalnie jej zrzedła.

 Najpierw był głuchy odgłos aparatu uderzającego o podłogę.

Później przeraźliwy krzyk bezsilności, bezradności, szoku i rozpaczy.

 Dopiero po tym, jak jego matka się uspokoiła i zabrała go do szpitala, dowiedział się, co się stało. Tata miał wypadek. Reanimowali go przez godzinę. Bez skutku.

 Od tamtego wydarzenia minęły prawie dwa lata. Czas pełen smutku, cierpienia i żałoby zostawił swoje piętno na obydwojgu. Jeongguk miał większe problemy z nawiązywaniem kontaktu z rówieśnikami, a jego mama... 

 Kobieta przestała o siebie dbać. Od ciągłego płaczu, pod oczami pojawiła się niezwykle trwała opuchlizna. Podrażniona od chusteczek skóra nosa była lekko różowa i nieestetycznie odznaczała się od bladej twarzy. Czarne, długie i zadbane kiedyś włosy przyprószone były siwizną, a rozdwojone końcówki sprawiały, że puszyły się na końcach. Chłopak nawet nie zauważył, kiedy to zaszło aż ta daleko... Z przerażeniem spostrzegł, że bardzo wychudła.

 - Mamo - powiedział w końcu, przerywając tą kojącą ciszę. - Idziemy do fryzjera - zadecydował, a ona tylko uśmiechnęła się szczęśliwa. 

 Rzeczywiście odwiedzili salon fryzjerski, gdzie przemiła kobieta doprowadziła jej włosy do porządku. Później poszli jeszcze do kosmetyczki i do cukierni, gdzie zawsze chodzili we trójkę. Jego mama nawet kilka razy szczerze się zaśmiała, co uznał za swój osobisty sukces. Taki mały krok w przód... Mały, ale jednak krok.

 Niedzielnym popołudniem odwiedzili grób jego taty.

 - Myślisz, że jest tam szczęśliwy? - zapytała syna, spoglądając w niebo.

 - Myślę, że dopóki my jesteśmy szczęśliwi, on też taki jest. Naprawdę, czasem mam wrażenie, że tata jest przy nas i nam pomaga, wiesz? - odpowiedział jej i później każde pogrążyło się w swoich rozmyślaniach.

 Wraz z nadejściem poniedziałku skończyła się błoga rodzinna sielanka. Dla bruneta był to najwyższy czas, by zmierzyć się z bandą Banga, samym Bangiem, wydarzeniami piątkowej imprezy i tą znienawidzoną nauczycielką angielskiego. Postanowił kiedyś znaleźć i udusić człowieka, który układał mu plan lekcji. Rozumiał, że był w klasie językowej, ale angielski codziennie, to już była lekka przesada.

  - Znowu nie mam dziennika - oburzyła się pani Smith. - Ktoś chce się zgłosić do odpowiedzi?

Momentalnie zapanowała cisza.

 - Może Jeongguk - rzucił ze śmiechem jakiś chłopak.

 - Jeon Jeongguk - rzekła dostojnie kobieta, patrząc wprost na chłopaka, widocznie zadowolona z pochwyconego pomysłu. - Chcesz nam opowiedzieć o Guy Fawke's Day?

 Chłopak mruknął pod nosem ciche "oczywiście" i zaczął mówić. Ku zdumieniu wszystkich wyszło mu to naprawdę dobrze. Opowiedział wszystko ze szczegółami i ani razu się nie zaciął. 

 - No dobrze, piątka - skomentowała to.

 Nie wiadomo, kto był w większym szoku, Jungkook, reszta klasy, czy sama nauczycielka. Mimo wszystko brunetowi od razu poprawił się humor i zmartwienia gdzieś uleciały. Może wszystko miało już być dobrze... Dosłownie pięć minut później dostał jedynkę za nieuważanie na lekcji i wszystko wróciło do normy.

 Po skończeniu wszystkich poniedziałkowych lekcji, przyszło mu się zmierzyć z tym, czego obawiał się chyba najbardziej. Przy szkolnej bramie czekał na niego Bang Yongguk  i jego bezmyślna banda.

  - Kookie - warknął wściekle, że aż chłopak dostał gęsiej skórki. - Wiesz, szmato, że będziesz musiał jakoś odpłacić za zniszczenie tak zajebistego wieczoru? - zapytał, łapiąc go za koszulkę i popychając na murek otaczający szkolną posesję.

 - J-ja przepraszam - bąknął pod nosem.

 - Możesz sobie wsadzić gdzieś te przeprosiny. Jesteś tak, kurwa, bezużyteczną dziwką, że... - mówił podnosząc zaciśniętą pięść, wyraźnie chcąc go uderzyć.

 - Może jednak się uspokoisz - zasugerował ktoś, odciągając go od Jungkooka. - I trochę grzeczniej. W końcu cię przeprosił.

 - A spierdalaj - wysyczał, patrząc na intruza i jak gdyby nigdy nic, wepchnął mu szesnastolatka w ręce. 

Kiedy nieznajomy odszedł, ciągnąc za sobą zdezorientowanego bruneta, Himchan zdołał wyjść z szoku i zwrócił się do lidera grupy:

 - Bang, a ty w ogóle zdajesz sobie sprawę kto to był?

 - A chuj mnie to?

 - To był J-Hope.

 Czerwonowłosy momentalnie zbladł. J-Hope był swojego rodzaju legendą wśród gangów. Niepokonany, najlepszy z najlepszych, a w dodatku podobno tanecznie uzdolniony. Nigdy w życiu nie przypuszczał, że dane mu będzie go spotkać, a tym bardziej w takich okolicznościach. Chociaż w zasadzie najbardziej go zszokował fakt iż najwyraźniej znał się z Jungkookiem na tyle dobrze, by go obronić... Się dziwka umie ustawić, pomyślał.

26.10.2014

Never give up - rozdział 4

 Ponownie, w ostatniej chwili ktoś go złapał.

 Nie miał za wiele czasu na reakcję, niemal natychmiast został przeniesiony na bezpieczną stronę barierki. Powoli obrócił głowę, chcąc przyjrzeć się wybawcy. Zamarł. Ten, który mu pomógł, wyglądał zupełnie jak chłopak, który uratował go dzień wcześniej.

 - Ty serio chcesz umrzeć? - zapytał, wciąż podtrzymując Kooka w talii.

 Brunetowi ten dotyk wydał się bardzo intymny. Czuły i pełen troski, ale silny jednocześnie. Wszystko to, czego ostatnimi czasy mu brakowało. Bezpieczeństwo.

 - N-nie - mruknął i zarumienił się pod wpływem jego świdrującego spojrzenia.

 - Jesteś jakiś nienormalny. Nie chcesz umrzeć, a spadasz, przepraszam spadałbyś z tego mostu codziennie gdyby nie ja! - zaczął krzyczeć.

 Dla Kooka to było za wiele. Tyle emocji naraz; szczęście, strach, zrozpaczenie, nagła wizja śmierci, spokój i jeszcze ten człowiek na niego krzyczał. Spojrzał na chłopaka mocno zdezorientowany. Wywrócił gałki oczne do tylu, stracił czucie w całym ciele. Zemdlał i gdyby nie podtrzymujące go ramiona nieznajomego, przewróciłby się na chodnik.

 Zakapturzony chłopak nagle przestał mówić i przestraszył się nie na żarty. Ten drobny brunet ewidentnie wymagał jego pomocy. Niewiele myśląc, upewnił się, że chłopiec oddycha i wziął go na ręce. Do domu nie miał daleko. Wiedział, co prawda, gdzie mieszka niedoszły samobójca, ale wolał nie ryzykować podstawienia go pod drzwi i narażenia się na gniew jego rodziców. Jeszcze by pomyśleli, że to on coś mu zrobił. Wzdychając ciężko, energicznym krokiem ruszył w kierunku swojego mieszkania. Po drodze odkrył jeszcze przyczynę dziwnego zachowania bruneta. Śmierdziało od niego jak z gorzelni, tylko coś nie chciało mu się wierzyć, że jest pełnoletni.

 Rankiem Jungkooka obudziło przerażająco jasne światło i ostry ból głowy. Żeby choć trochę ulżyć swojemu cierpieniu, przekręcił się na drugi bok i spadł z łóżka. Dziwne. Przecież tam zawsze była ściana. Momentalnie podniósł się do siadu i ignorując uciążliwe świdrowanie w żołądku, rozejrzał się wokół. Białe ściany, wąskie łóżko z którego właśnie spadł, duże okna, miękki brązowy dywan i małe biurko w kącie. To zdecydowanie nie był jego pokój. Ciche kroki gdzieś z tyłu zwróciły jego uwagę. Nadal siedząc, obrócił się w stronę drzwi.

 - Wyspany? - zapytał chłopak wchodzący do pomieszczenia.

 Jeongguk spojrzał na niego niepewnie. Sylwetka wydawała mu się znajoma. Szczupłe, ale odpowiednio umięśnione ciało, piękna twarz z alabastrową cerą. Proste kosmyki włosów zafarbowane na jasny brąz, podchodzący nawet pod odcień rudego. Duże oczy w kolorze płynnej czekolady, które wydawały się przenikać do głębi jego duszę. Ogólnie wyglądał na dwadzieścia parę lat, może mniej.

 - E, żyjesz? - zapytał zaniepokojony, podchodząc do niego.

 Kook nadal nie reagował, patrzył tylko nieobecnym wzrokiem na nieznajomego. Brązowowłosy wyciągnął rękę i chciał pomachać nią przed jego twarzą, kiedy brunet niespodziewanie się skulił i nieznacznie cofnął.

 - Zostaw mnie - pisnął przerażony, zasłaniając twarz dłońmi.

 - Hej, spokojnie, nic ci nie zrobię - zapewnił go. - Jestem Jung Hoseok - przedstawił się.

 Jungkook niepewnie zerknął w jego stronę. Milczał jeszcze przez dłuższą chwilę. Na jego twarzy pojawiały się przeróżne emocje. Wahał się. Zaufać, czy nie?

 - Jeongguk - szepnął w końcu.

 Hoseok uśmiechnął się do niego szeroko. Chłopak przypominał mu dzikie zwierzątko, takie które trzeba oswoić. Nawet nie chciał myśleć o tym, co mogło go spotkać, że zachowuje się tak nieufnie. Usiadł koło niego na podłodze i westchnął.

 - Ile ty dzieciaku masz lat? - zapytał.

 Jungkook spuścił wzrok. To pytanie było co najmniej krępujące, przynajmniej w jego mniemaniu. Nawet nie wiedział jak znalazł się w tym miejscu, a tym bardziej, co robił z Jungiem. Przecież jak dowie się, że jest niepełnoletni, to od razu odeśle go do domu, gdzie matka się zdenerwuje...

 - Szesnaście - bąknął, permanentnie ignorując wcześniejsze przemyślenia.

 - Tak coś przypuszczałem, że alkoholu to ty pić nie powinieneś - westchnął brązowowłosy. - Wiesz w ogóle, co się wczoraj stało?

 Chłopiec niepewnie skinął głową.

 - Byłem na urodzinach Zelo u Banga, a potem na wiadukcie...

 - Właśnie. Czym ci życie tak dopiekło, że chciałeś się zabić?

 Jeongguk się speszył. Przez to proste, ale istotne pytanie, w jego głowie zaczęły krążyć myśli, które starał się trzymać z dala od świadomości. Naraz dopadły go wszystkie problemy. Chora psychicznie matka, znęcający się koledzy ze szkoły, wredna nauczycielka angielskiego, brak przyjaciół... Ale zbyt bardzo bał się... sam zresztą nie wiedział czego. Być może Hoseoka albo po prostu wyśmiania.

 - Nie chciałem - skłamał.

 - Aha - mruknął brązowowłosy. - Upiłeś się, doznałeś nagłej potrzeby stanięcia na krawędzi i mało się nie zabiłeś - wywnioskował, a Kook mu przytaknął - a dzień wcześniej?

 Chłopak nie był w stanie mu odpowiedzieć, bo w zasadzie nie miał jak. Co, powie że życie jest beznadziejne i chciał z nim skończyć? A z resztą, co mu do tego?

 - Nie chcę o tym rozmawiać - odparł w końcu, nie patrząc na rozmówcę. - Nie znam cię, nie wiem, gdzie jestem, jak się tu znalazłem, więc zostaw mnie w spokoju i daj mi wrócić do domu! - krzyknął. Już go nie obchodziło nic. Chciał po prostu położyć się we własnym łóżku, zasnąć i obudzić się z myślą, że cały rok od śmierci ojca był tylko złym koszmarem.

 - Jeongguk, spokojnie - powiedział Hoseok, przysunął się do chłopaka i starł ręką pierwsze łzy pojawiające się na jego twarzy. - Posłuchaj, nie jestem żadnym gwałcicielem, czy tym bardziej pedofilem. Zabrałem cię wczoraj do mnie, bo byłeś pijany, a twoi rodzice by się raczej nie ucieszyli z tego powodu. Nie trzymam cię tu, w każdej chwili możesz sobie pójść - usłyszał ciche burczenie - ale proponuję, żebyś jednak został na śniadanie, co ty na to?

 Brunet od razu się uspokoił i skinął głową z aprobatą. Był głodny i to bardzo. Jung pogłaskał go jeszcze po głowie i pociągnął za rękę do kuchni.

 Pierwsze wrażenie, jakie odniósł Jungkook przyglądając się umeblowaniu pomieszczenia, do którego zaciągnął go brązowowłosy, było... właściwie nie było. Zamurowało go w drzwiach. Wszystko wyglądało tak, jakby ktoś przeniósł go do prawdziwej starej Anglii. Doskonale znał wszystko z znienawidzonych lekcji angielskiego.

 - Cóż - mruknął Hoseok. - Wiem, że to wygląda dziwnie, ale moja mama ma obsesję na punkcie Anglii i jakoś tak wyszło, że urządzała mi kuchnię i łazienkę.

 - Nie, jest w porządku - uśmiechnął się smutno.

 Chwilę później chłopak został usadzony na białym, drewnianym krześle. Brązowowłosy zajął się przygotowywaniem czegoś, co określił "śniadaniem mistrza". Rozmawiali sobie swobodnie o wszystkim i o niczym; aż dziwne wydawało się to, jak szybko Jeongguk przyzwyczaił się do - jak się w trakcie rozmowy okazało - tancerza. Mógł się nawet pokusić o stwierdzenie, że lubi tego lekko zakręconego chłopaka.

 - Ile ty właściwie masz lat? - zapytał z czystej ciekawości, niemal śliniąc się na widok cieplutkich tostów na talerzu przed nim.

 - Dwadzieścia - odparł mu, stawiając jeszcze na stole dwa kubki z kakaem. - Smacznego.

 Po uzyskaniu odpowiedzi przyjrzał się uważnie mężczyźnie. Rzeczywiście wyglądał zdecydowanie doroślej niż on, pokusił się nawet o stwierdzenie, że wygląda przystojnie, ale zrobił to na tyle podświadomie, że nawet tego nie zauważył.

 - A mogę jeszcze o coś zapytać? - wymamrotał, chwytając pierwszego tosta w rękę.

 - Śmiało - zachęcił go Hoseok, zatapiając zęby w ciepłej kanapce.

 - Co robiłeś w środku nocy na wiadukcie?

 Brązowowłosy upił łyk z kubka i zastanowił się. W sumie to rzeczywiście było dziwne.

  - Koło trzeciej w nocy zachciało mi się soku pomarańczowego - odparł zgodnie z prawdą. - Jedyna droga do całodobowego sklepu prowadzi właśnie tamtędy. To, że cię znalazłem to musiało być przeznaczenie - zaśmiał się.

 - Ta... - mruknął smutno chłopak

 Po smakowitym śniadaniu nastał czas pożegnania. Stali w drzwiach i żaden nie wiedział co powiedzieć. W końcu Hoseok się przełamał i delikatnie przytulił chłopca.

 - Pamiętaj, młody. Cokolwiek by się działo, nigdy się nie poddawaj. Jak będziesz miał jakiś problem, możesz śmiało do mnie przyjść, razem go jakoś rozwiążemy, rozumiesz? - odpowiedziało mu ciche tak. -No, to zmykaj do domu.

 Puścił go wolno. Zakuło go w sercu na widok oddalającej się sylwetki chłopaka, który w swoim zachowaniu ukazywał, jak dużo nad nim ciąży. Zwykły nastolatek, a dla niego nawet dziecko, które zbyt szybko musiało dorosnąć. Westchnął ciężko. Przez te kilka godzin zdążył go polubić. Żeby tylko nie musiał nigdy więcej ściągać go znad przepaści.

 Jeongguk, gdy tylko przestał widzieć dom Hoseoka, zaczął biec jak oszalały. Nie wiedział co tak właściwie się z nim dzieje. Miał ochotę płakać. Tyle dobroci od nieznajomego. Tyle ciepła, którego na co dzień mu brakowało. Zrozumienie i zero pretensji. Niemalże jego anioł stróż. Nie mógł pojąć, jak można być tak bezinteresownym...

19.10.2014

Never give up - rozdział 3

 Jeongguk naprawdę długo się zastanawiał. Bujając się na fotelu w swoim pokoju, ściskał w dłoni zaproszenie. Na początku, a właściwie przez cały czas wydawało mu się, że to nie może być tak piękne. Życie jest okrutne, co do tego był przekonany. Mimo, że chciał, naprawdę nie potrafił uwierzyć, że jego szkolni prześladowcy nagle zmienili podejście i zaczęli się bawić w "dobrych hyungów". To było po prostu zbyt nierealne, by stać się prawdą. Przeczuwał, że kryje się za tym jakiś podstęp, ale w głębi serca miał nadzieję, że jednak się myli. A nadzieja w końcu matką głupich.

 Zapominając o swoich problemach, pobiegł do łazienki by zażyć odświeżającej kąpieli i czym prędzej przyszykować się na nadchodzącą zabawę.

 Będąc już czystym i pachnącym, stanął przed lustrem. Z wahaniem zerknął na leżącą obok mydła golarkę, a potem na swoją twarz. Nie, definitywnie jeszcze tego nie potrzebował. Jego przystojna, szesnastoletnia twarz nadal pozostawała gładka jak pupcia niemowlęcia i nieskalana żadnym niepożądanym włoskiem. Uśmiechnął się szeroko sam do siebie i wyruszył na poszukiwanie jakiegoś świetnie dobranego stroju.

 Nie miał za bardzo w czym wybierać. Nie chodziło o to, że nie mógł sobie pozwolić na zakup większej ilości ubrań, bo renta po zmarłym ojcu opiewała na dość sporą sumkę, a po prostu nie przywiązywał wcześniej większej uwagi do ubioru. Wyciągnął z dna szafy koszulę, którą dostał całkiem niedawno od trzeciej ciotki babki wujka od strony ojca na urodziny i przyjrzał się jej krytycznie. Zrobiona z lekkiego, przewiewnego materiału w nieregularną czarno-czerwono-białą kratę, była o jakiś rozmiar za duża. Ciotka miała chyba krzywe oko i nie potrafiła odpowiednio dobrać wielkości ubrań, a może to on tak schudł...

 Szybko kończąc swoje przemyślenia, dołożył do niej czarną koszulkę na ramiączkach i smoliste rurki. Wystarczyło już tylko wszystko założyć, spryskać się jakimiś perfumami i można ruszać na domówkę.

 Stojąc przed drzwiami największej willi, jaką kiedykolwiek widział, zaczął się rozmyślać. Absurdalność istnienia jakichkolwiek szans na nagłą zmianę zachowania grupy Bang Yong Guka uderzyła w niego z całą swoją mocą, przyprawiając go o zimny pot. W przeciągu dziesięciu sekund zdarzył całkowicie zrezygnować z pokazania się starszym chłopakom. Odwrócił się i już miał odejść, kiedy drzwi przed nim niespodziewanie się otworzyły, a do uszu dotarła skoczna melodia jakiejś hip-hopowej piosenki.

 - O, Kookie! - stwierdził ze zdziwieniem wysoki blondyn na chwilę przed tym, jak wpadł na niego wielce rozbawiony Jongup. - Bang! - wydarł się - Jungkook przyszedł - poinformował dosadnie głośno, przekrzykując muzykę.

 - Pierdolisz - odparł z niedowierzaniem.

 Charakterystyczne czerwone włosy i ich właściciel pojawiły się w przedsionku. Mina Banga była zdziwiona, chociaż to zbyt mało powiedziane. Stanął w drzwiach i po prostu gapił się na bruneta z rozdziawioną buzią. W ogóle to cała trójka miała podobne miny, choć na ustach Zelo plątał się złośliwy uśmieszek. Wpatrywali się z niedowierzaniem w chłopaka, przypominając marny komitet powitalny.

 Jungkookowi zrobiło się głupio. Momentalnie spuścił wzrok i nerwowo zaczął przytupywać stopą o kamienną posadzkę.

 - Wejdź - powiedział w końcu Yongguk, otrząsając się z chwilowego transu.

 Brunet spojrzał na niego niepewnie i zrobił mały krok do przodu. Momentalnie cała trójka rozstąpiła się przed nim, jak morze czerwone przed Mojżeszem i puściła go przodem. Może jednak to nie był taki zły pomysł.

 Jeongguk był odrobinę za bardzo zestresowany i szedł jak na ścięcie. Zupełnie nie zrozumiał reakcji starszych chłopaków, tym bardziej, że w chwili, kiedy weszli do salonu - swoją drogą bardzo bogato ozdobionego - siedzący na kanapie Himchan zakrztusił się jakimś podejrzanie kolorowym napojem i wylał ponad połowę z kieliszka prosto na biały dywan.

 - Co robisz idioto? - warknął czerwonowłosy. - Kookie przyszedł - oznajmił.

 W pomieszczeniu było ich wszystkich sześciu. Bang Yongguk, lider szkolnej imitacji gangu, podszedł do barku i zajął się przyrządzaniem jakiegoś kolorowego drinka. Zelo - najmłodszy, a zarazem najwyższy z całej gromady blondyn - padł na kanapę obok zszokowanego Kim Himchana i bezceremonialnie położył mu się na kolanach, co starszy skomentował cichym parsknięciem.
Jongup, druga najważniejsza osoba w grupie, przysiadł się do dwóch chłopaków grających w karty, których Jungkook nie znał. Trudno ich było scharakteryzować; z jednej strony wyjątkowi i ekstrawaganccy, a z drugiej podobni zupełnie do nikogo. Typowi przedstawiciele typowego środowiska ulicznych gangów. Żaden z nich nie przywiązał większej uwagi do pojawienia się chłopca.

 - Masz, młody - szepnął Bang tuż przy jego uchu i wcisnął mu do ręki pokaźnych rozmiarów kieliszek z bladoniebieskim płynem.

 - Ale ja jestem niepełnoletni - oznajmił, odmawiając przyjęcia drinka.

 - Nie pierdol - zaśmiał się czerwonowłosy. - Spokojnie, twoich rodziców tu nie ma, możesz śmiało pić.

 Chłopak mruknął coś pod nosem nieprzekonany, a wtedy starszy chłopak zabrał mu kieliszek. Leniwie przystawił go do ust i upił odrobinę. Szybkim ruchem wolnej ręki, odchylił głowę bruneta i ściskając policzki, rozchylił jego wargi. Jungkookowi z przerażenia serce zaczęło się tłuc w klatce piersiowej. Kompletnie osłupiał, gdy gdy Yongguk go pocałował.

 To niezbyt delikatne zetknięcie ich warg niosło że sobą tysiące drobnych iskierek, a każdą z nich Jeongguk wyraźnie odczuł. Przymknął oczy i chyba nawet cicho jęknął. To jego pierwszy pocałunek... Ale to wcale pocałunek nie był. Bang znalazł po prostu kreatywną i zabawną - w swoim przekonaniu - formę napojenia bruneta alkoholem. Odsunął się nieznacznie i na koniec zlizał odrobinę płynu spływającego po brodzie szesnastolatka.

- Widzisz? Całkiem dobre - zaśmiał się i popchnął zawstydzonego Kooka na kanapę. - Zico, weź wszystkim polej - zwrócił się do jednego z nieznanych brunetowi chłopaków.

 Blondyn prychnął rozbawiony, chwycił szklaną butelkę wódki i rozlał do sześciu kieliszków postawionych na stole. Szybka dedukcja pozwoliła Jungkookowi określić, że albo któryś nie pije albo on ma się cieszyć swoim drinkiem, bo tego nie dostanie.

 Jednak dostał. Czerwonowłosy wcisnął mu do drugiej ręki przyjemnie chłodny kieliszek i zdarzył jeszcze puścić mu oczko, zanim odwrócił się do reszty.

 - No to panowie pijemy za Zelo. Młody, wszystkiego najlepszego - przemówił i jednym haustem wypił zawartość swojego naczynia.

 Jeongguk niepewnie zrobił dokładnie to samo. Gardło zapiekło go tak niesamowicie, że zaczął kaszleć, co oczywiście zostało skomentowane wybuchem wesołości wśród reszty.

 - Jeszcze się nauczy pić - stwierdził optymistycznie niepijący brunet, uśmiechając się przyjaźnie do chłopaka.

 Przez dłuższy czas siedzieli i wznosili kolejne toasty. Z każdym wypitym kieliszkiem, Jungkook stawał się coraz bardziej rozluźniony. Przestał nawet zauważać perwersyjne i pełne pożądania spojrzenia Banga. Kiedy Zico zapalił skręta z czymś, co niesamowicie przyjemnie pachniało, brunet był już tak otępiały, że ledwo kontaktował ze światem. Wielce rozbawiony siedział między Jongupem, a Yonggukiem i z zafascynowaniem przyglądał się świetlistym refleksom powstającym na czerwonych włosach właściciela domu.

 Jakoś tak momentalnie stracił poczucie świadomości.

 - Dalej chcesz to zrobić? - zapytał Banga Zelo, spoglądając na nieprzytomnego Jungkooka.

 - Sam tu przylazł - odparł mu rozbawiony. - Trzeba raz na zawsze pokazać gówniarzowi, że jest tylko zwykłą kurwą i szmatą. Chyba nie sądzisz, że był taki głupi i pomyślał, że chcemy się z nim przyjaźnić - prychnął. - Zobacz, jak będzie jęczał - mruknął i położył dłoń na kroczu bruneta.

 Powoli zaczął masować jego męskość przez spodnie. Towarzyszył temu głuchy rechot reszty chłopaków. Yongguk czuł, jak penis dzieciaka rośnie w jego dłoni i zachęcony tą reakcją, ścisnął go dosyć mocno. Z ust Jeongguka wydobył się przeciągły jęk. Czerwonowłosy wyszczerzył się jeszcze bardziej i rozpiął jego rozporek.

 - Chyba nie zamierzasz go tu przelecieć - oburzył się jedyny trzeźwy w towarzystwie.

 - W sumie to, czemu nie?  - odpowiedział mu, oblizując usta.

 - Weź się chociaż przenieś do siebie. Nie mam zamiaru tego oglądać.

 Bang, udając obrażonego, prychnął pod nosem i, ku zadowoleniu większości, wziął chłopaka na ręce. Dziwiąc się jego niską wagą, zaniósł go do swojego pokoju na piętrze. Wcale niedelikatnie położył go na swoim łóżku i z miną najwybitniejszego krytyka, ocenił jego wygląd. Kookie był słodki i śliczny, to musiał z żalem przyznać. Mimo, że młodszy jedynie o dwa lata, zachował w sobie sporo cech dziecięcych. Taki niewinny... Ale nie według Banga. Czerwonowłosy był całkowicie przekonany, że chłopiec specjalnie go prowokuje i sam się prosi o takie, a nie inne traktowanie. Chociaż okazało się, że rzeczywiście nie wie nic o życiu, nawet nigdy nie pił alkoholu. Yongguk szybko rozgonił te myśli. Przecież to niemal pewne, że Jungkook udawał.

 Nie siląc się na ostrożność, czy jakiekolwiek współczucie, usiadł mu na biodrach i z fascynacją, wypisaną na twarzy, podwinął jego koszulkę. Lekko nim wstrząsnęło na widok ciemnofioletowych siniaków odznaczających się na mlecznobiałej skórze. Z początku miał ochotę mocno go przytulić, a chwilę później, uznał, że brunet jest po prostu masochistą. Przesunął zimnymi palcami po jego żebrach i zręcznie zaczął pieścić jego bladoróżowe lekko nabrzmiałe sutki. Jungkook wydał z siebie podobny do pisku jęk. Zachęcony Yongguk posunął się dalej. Rozpiął mu spodnie i zasnął je do kolan. Wsunął rękę pod jego bokserki i przyssał się do jego obojczyka. Jeongguk chyba właśnie wtedy odzyskał przytomność, bo zamiast cicho pojękiwać, wrzasnął, jak obdzierane ze skóry zwierze.

 - Zamknij mordę - warknął gniewnie czerwonowłosy, zasłaniając mu usta dłonią.


 Jeongguk poczuł, jak zaciśnięta na jego członku dłoń przesuwa się powoli w górę i w dół. Nie podobało mu się to ani trochę. Był zdezorientowany i przestraszony, a na dodatek nadal szumiało mu w głowie od wypitego alkoholu.

 - Zostaw - pisnął, a Bang, nic sobie z tego nie robiąc, przeniósł drugą rękę na jego pośladki.

 Chłopak był tak zszokowany swoją sytuacją, że ledwo powstrzymywał się od płaczu. Kiedy jednak poczuł wciskający się w niego palec, wszelkie hamulce puściły i najzupełniej w świecie się rozwył.

 - Zostaw - chlipnął, wpatrując się w zdziwionego Banga. - proszę.

 - Wypieprzaj stąd, mała kurwo - wrzasnął czerwonowłosy, odsuwając się od niego.

 Jeongguk niemal w biegu podciągnął spodnie i jako tako poprawił bluzkę. Bał się pójść do salonu, pokazać się na oczy reszcie chłopaków, dlatego odnalazł wyjściowe drzwi i uciekł.

Biegł przed siebie, nie widząc nic przez łzy. Nie chciał wracać do domu, zbyt bardzo obawiał się, że matka znowu dostanie ataku i zacznie się na nim wyżywać. Zmierzał ciągle przed siebie i przed siebie, a nogi poniosły go w całkiem znane miejsce. Po raz kolejny, kiedy życie uświadomiło mu, że jest nikim, przyszedł na wiadukt.

 Znowu przywitały go stalowe barierki, zionąc tym samym nieprzyjemnym i złowrogim chłodem, co ostatnio. Było w nich coś na pozór zwykłego, ale niespotykanego za razem, cicha groźba pozbawienia cię wszystkiego, co dobre, całego ciepła. Kiedy dasz się złapać w ich pułapkę, nie pozostanie ci nic innego, jak skoczyć. W sytuacji Jungkook nie było już niczego, co mogłyby odebrać. Czara goryczy się przelała. Ból stał się zbyt rozdzierający.

 - Dlaczego? - zapytał.

 Nie bez powodu mówią, że alkohol dodaje odwagi.

 Złapał obydwiema dłońmi poręcz i jak w transie przerzucił obie nogi na drugą stronę. Spojrzał w dół i odrobinę się zawahał. Koniec... To pojęcie tak absurdalnie abstrakcyjne, że aż rzeczywiste. Czy taki właśnie miał być jego?

 Gwiazdy świeciły pięknie. Nawet była pełnia. Przecież mógł się rozkoszować tym widokiem całe wieki. Podróżować z miejsca na miejsce wolny jak ptak. Całkowicie pozbawiony trosk i zmartwień. Nawet nie miał przyjaciół. Nikt by nie zapłakał.
Przechylił się niebezpiecznie blisko krawędzi. Ręce powoli zaczynały mu drętwieć z zimna. Poddał się. Już nie było po co żyć. Upokorzenie osiągnęło maksymalny poziom, niżej upaść się nie dało.

 Puścił barierkę.

 I w tej samej chwili zaczął żałować. Chyba jednak za późno.